I LO im. Mikołaja Kopernika

Pytania o opinię na temat ukończonego przeze mnie liceum, padają zaraz po podaniu jego nazwy.

I Liceum Ogólnokształcące im. Mikołaja Kopernika.

Szukając informacji, na temat tej legendarnej w łódzkich stronach szkoły, kiedy się do niej wybierałam, nie natrafiłam na wiele, poza paroma komentarzami na jakimś zapomnianym forum. Pogłosek za to krążyło wiele, między innymi: ”Szkoła tylko dla olimpijczyków”, ”Nauczyciele zwracają uwagę tylko na tych, którzy startują w konkursach, pozostali uczą się sami”, ”Ciężka atmosfera”, ”Snobistyczne towarzystwo, uważające się za nie wiadomo kogo”. W związku z tym, że aktualnie trwa okres gorących decyzji wielu ośmioklasistów, którzy głowią się, na którą szkołę się zdecydować, proszę bardzo, oto moja analiza całej tej owianej sławą placówki.

Niestety, nie jest to zdanie obiektywne, chociaż starałam się oddzielić emocje od wszystkich przemyśleń. Jest to zdanie moje, powtarzam, tylko i wyłącznie moje, więc równie dobrze możecie to wszystko zignorować.

Mnie do Jedynki przyciągnęła atmosfera prestiżu, tradycyjne mundurki i przepiękny ceglany neogotycki budynek, a także wizja ekstazy intelektualnej. No cóż, klasycznie, oczekiwania kontra rzeczywistość. Były to najgorsze trzy lata mojego życia, wypełnione stresem, presją i bólami głowy. Moim skromnym zdaniem, szkoła jedzie na opinii wyrobionej dekady temu. Dlatego przez kolejnych kilkadziesiąt lat ściągała ambitnych, zdolnych i zdeterminowanych młodych ludzi. Albo dzieci absolwentów. Albo dzieci pchane tam przez nadambitnych rodziców, którzy potem mogą się chwalić świadectwami swoich pociech. Mnie na szczęście nikt nie zmuszał, wręcz przeciwnie, moi rodzice dalecy byli od wywierania na mnie presji i wręcz odradzali taki wybór, ale byłam uparta i zdecydowana.

Dwadzieścia i osiemnaście lat temu Koper, bo tak pieszczotliwie nazywane jest miejsce, w którym płakałam nie raz, w rankingu liceów ogólnokształcących, zajął pierwsze miejsce w Polsce. Klasy nazwane nazwiskami zasłużonych profesorów, tylko tyle pozostało po latach autentycznej świetności.

Jest kilku cudownych nauczycieli, pełnych zaangażowania, zrozumienia i poświęcenia, ale oni nie mogą na swoich barkach dźwigać całej odpowiedzialności za dobre imię i sławę całej szkoły. Wspaniale wspominam swoje lekcje angielskiego, z których wyniosłam niesamowitą ilość wiedzy i które napawały mnie spokojem i dobrą energią. Pamiętam zaangażowanie matematyczki. Doceniam starania mojego wychowawcy i rozumiem, jak ciężko jest cokolwiek zmienić w takim środowisku. Nie zapomnę empatii dyrektorki, którą okazała mi, kiedy zorientowałam się, że nie zakodowałam karty odpowiedzi na maturze podstawowej z matematyki i w 5 minut podyktowała mi treść podania z prośbą o przeniesienie odpowiedzi. Ale niestety, poza tym, była cała masa przedmiotów, które były prowadzone fatalnie. Oczywiście, paradoksalnie, o szczere opinie na temat swoich zajęć pytają tylko ci nauczyciele, którzy prowadzą je najlepiej. Podkreślam, wyrażam tutaj swoje zdanie na temat nauczycieli, z którymi miałam styczność, czy to na normalnych lekcjach, czy na zastępstwach. Nie wypowiadam się na temat pozostałych pedagogów, bo opinię na ich temat znam jedynie od zaprzyjaźnionych uczniów klas równoległych.

Znaczny odsetek uczniów jedzie na korepetycjach, albo całe trzy lata, albo przynajmniej przez klasę maturalną. A później, dzięki swoim ambicjom i pracy włożonej w naukę poza murami szkoły, wspomniani uczniowie zdobywają wysokie wyniki na maturach, z których słynie I LO. Zatem część nauczycieli ma minimalny wkład w wiedzę absolwentów i w pozycję liceum w rankingach. Szczególnie utkwiła mi w pamięci scena, kiedy jedna z nauczycielek, czytała wyniki procentowe matur z poprzedniego roku i ze zbulwersowaniem wypowiadała się o wynikach oscylujących około 70%, że co to ma znaczyć i co to za mierne liczby. Inny nauczyciel mówi o osobie, która postanowila zmienić szkołę, ze względu na zmianę planów życiowych i w związku z tym zmianę profilu, że „odpadają najsłabsze ogniwa, zostają najwytrwalsi”. Może to miał być żart, nie mniej jednak, średnio mnie rozbawił. No, ale może to ja mam spaczone poczucie humoru.

Moim skromnym zdaniem, autorski program matematyki też jest średnio przemyślany, bo brak w nim przede wszystkim konkretnych informacji, do czego w prawdziwym życiu wykraczającym poza zbiory zadań, przydają się te wszystkie pojęcia i wzory. Brak większej ilości przykładów i zadań, który umożliwiłby zastosowanie wiedzy teoretycznej w praktyce. Rozumiem, że zakres wymagań jest z góry narzucony, ale uważam, że można się wykazać większą kreatywnością podczas ustalania sposobu wykładania materiału . Idea przeprowadzania testów wstępnych na takim poziomie, że większość osób, przynajmniej w klasie mat-geo, jest lekko oszołomiona po przeczytaniu samych poleceń, też jest według mnie przesadą. Albo robieniu takich sprawdzianów, że na poprawy przychodziło około 30-40 osób i czasami brakowało ławek w sali. No, ale może to ja mam zafałszowaną perspektywę, bo na etapie liceum moje matematyczne umiejętności przygasły. Tylko w liceum coś podobnego przytrafia się wielu osobom, bo zakres programu gwałtownie się zwiększa i potrzeba odpowiednich umiejętności dydaktycznych, żeby wszystko klarownie wytłumaczyć, bez siania paniki i wprowadzania atmosfery lęku przed nieuniknioną maturą.

A przypominam, że żeby dostać się do Jedynki naprawdę trzeba mieć wysokie wyniki z egzaminów i odpowiednią średnią ocen. Pamiętam, że kiedy składałam papiery i sekretarka wyjęła segregator ze świadectwami innych, to każde z tych świadectw raziło po oczach czerwonym paskiem. Nie rozumiem zatem bezustannego tłamszenia i podnoszenia poprzeczki coraz wyżej i wyżej. To zniechęca i obiera jakąkolwiek przyjemność z nauki. No, ale może to ja wydziwiam.

Nigdy nie pałałam miłością do szkół i zawsze uważałam, że sama jestem w stanie, zorganizować sobie czas w ciekawszy sposób niż siedzenie nieruchomo w ławce, przez 8 godzin dziennie. Wolałam zdobywać wiedzę inaczej niż poprzez nienaturalne wpajanie suchej teorii, często przez ludzi, którzy mieli serdecznie dosyć swojej pracy. Jednak przez większość lat edukacji szkoła była dla mnie miejscem, gdzie mogłam znaleźć potwierdzenie mojej wiedzy i moich umiejętności, gdzie darzono mnie szacunkiem. Podczas mojej edukacji w Jedynce, gdzie na pewnych lekcjach byłam poniżana wielokrotnie, znienawidziłam system oświaty do reszty. No, ale może to tylko ja mam jakiś problem.

Jeśli chodzi o ludzi, to, tak jak wszędzie, jest cały przekrój osobowości i charakterów. To, tak jak wszędzie, jedna wielka loteria, z kim trafi się do klasy i z jakimi osobami będziemy przebywać kolejne trzy lata. Moja klasa na przykład nie mogła dojść do porozumienia, gdzie i na jaką wycieczkę pojechać, więc przez trzy lata nie byliśmy nigdzie. Ja i tak organizowałam sobie wyjazdy sama, najczęściej ze znajomymi spoza liceum. Co roku odbywają się też poważne i majestatyczne wybory do samorządu szkolnego, poprzedzone miesięczną kampanią wyborczą, obfitującą w dramy, kłótnie i awantury. Jak to w prawdziwej polityce. Trzeba pamiętać, że tę szkołę wybierają głównie osoby ambitne i zdeterminowane, a więc spotka się osobowości silnie dominujące, które w takiej ilości na raz w jedynym miejscu, naprawdę momentami mogą wytworzyć nieprzyjemną atmosferę. Na szczęście zawsze znajdą się śmieszki, dzięki którym, chociaż od czasu do czasu, można się było pośmiać na tych jałowych, niczym australijskie lasy, lekcjach.

W ciągu trzech lat nauki było wiele chwil, kiedy miałam tego wszystkiego serdecznie dosyć. Często mnie nie było. Pojawiły się u mnie napadowe bóle głowy, pogorszył się mój wzrok i przez długi czas zmagałam się z objawami stresu oksydacyjnego. Nie wspominając już o traumie, którą już opisałam, w tym wpisie. Z jej objawami zmagałam się przez niemal 2 lata po ukończeniu liceum, a przebłyski paniki i przerażające uczucie pustki w głowie pojawiało się nadal, na kolokwiach i egzaminach na studiach i tylko dzięki szczęśliwemu przypadkowi, uzyskałam pomoc. A zanim tę pomoc otrzymałam, wielokrotnie odbijałam się od ścian, a moje próby zwrócenia uwagi na patologiczną sytuację spotkały się z lekceważeniem i bagatelizowaniem, z obarczaniem winą mnie, bo przecież jestem taka przewrażliwiona i nieprzystosowana do realiów i jak zwykle przesadzam.

Nie wiem, naprawdę nie wiem, czy zdecydowałabym się jeszcze raz na naukę w tych murach, z filozofią ”per aspera ad astra”, bo takie hasło widniało nad reprezentacyjnym obrazem przedstawiającym patrona szkoły, Mikołaja Kopernika. Przez długi czas uważałam, że mimo wszystko warto, dla spotkania ambitnych i utalentowanych ludzi. Ale myśląc racjonalnie, to cudownych ludzi można wyhaczyć w każdej szkole, bez względu na jej rangę i prestiż, trzeba tylko uważnie się rozglądać.

Mam też przeświadczenie, że wszystko dzieje się po coś. Nawet jeśli znalezienie odpowiedzi na pytanie po co, trwa bardzo długo.

Jeśli kiedykolwiek coś w życiu osiągnę, to nie chciałabym, żeby moje zdjęcie zawisło na którejś z tych starych ścian, jako przykład kolejnej cudownej absolwentki. Moją wiedzę zawdzięczam tej placówce w minimalnym stopniu.