Toksyczni ludzie

Czasem spotkam na swojej drodze takie charaktery, że ręce mi opadają.

Toksyczny, wybitnie męczący podgatunek homo sapiens. Charakteryzują ich pozbawione iskier oczy i grymasy na kształt uśmiechów, ale w żadnym wypadku nie są to uśmiechy. Niektórzy z nich chodzą z nosem zadartym tak wysoko, że niemal zahaczają nim o sufit.

Zawsze mają przyszykowaną jakąś kąśliwą uwagę, absolutnie na każdy możliwy temat. Osaczają, opluwają jadem, oceniają każdego po kolei, oczywiście według swojej idealnej miary. Muszą umniejszać wszystkim dookoła i podkreślać swoją wartość, bo w rzeczywistości są warci jedynie śmiechu. Specjalizują się w zatruwaniu dobrego samopoczucia innych, bo nikt nie może być szczęśliwy, skoro oni w głębi serca są nieszczęśliwi, ale nigdy przenigdy się do tego nie przyznają. Są trochę jak sępy, czekają na najmniejsze potknięcie, żeby tylko móc udziobać.

Wysysają z człowieka jakikolwiek dobry humor i energię. Dopiero oddalenie się od nich, powoduje, że znowu można oddychać pełną piersią i szczerze się uśmiechać.

Są to osobniki niezmiernie mnie zadziwiające. Bo rozumiem, że każdego czasem diabeł podkusi i każdy czasem rzuci jakąś złośliwą i zgryźliwą uwagę, ale jakim trzeba być człowiekiem, żeby bezustannie poprawiać sobie nastrój psuciem nastroju innych? Z czego to wnika? Z wychowania, z braku wykształconej empatii, z jakiś zaburzeń narcystycznych?