Kamienice, domy i kredyty

Jako mała dziewczynka, mówiłam między innymi, że zostanę projektantką ogrodów. Fascynacja zakiełkowała, kiedy pasjami oglądałam na programy dotyczące urządzania wnętrz. Nadal mam zeszyty i pamiętniki, w których rysowałam plany swoich wymarzonych domów i opisywałam, w jakim stylu będą dekorowane. Czekałam zawsze na wrzesień i katalog Ikei, lubiłam przeglądać Elle Decoration. Uwielbiałam też Perfekcyjną Panią Domu, bo było tam zaprezentowanych tyle cudownych możliwości sortowania, segregowania i przechowywania wszystkiego, co tylko możliwe, od papeterii w szufladach, przez dokumenty pochowane w sekretarzykach, po biżuterię w puzderkach. Podglądałam spiżarnię Nigelli Lawson.

Fascynowały mnie domy opisywane w książkach i przedstawiane w filmach. Pamiętam opis pokoiku Lisy z ”Dzieci z Bullerbyn”, pamiętam wyobrażenie pokoju na poddaszu Ani, zamieszkującej Zielone Wzgórze. Moim absolutnie ulubionym domem był  wielki, stary, wiktoriański, podzielony na kilka odrębnych mieszkań, zamieszkany przez dziwacznych lokatorów, łącznie ze zjawami, dom z ”Coraliny”, który dodatkowo skrywał małe, zamurowane drzwi, które nocą zamieniały się w tunel do jego lustrzanego odbicia, które z kolei było opanowane przez czarownicę z guzikami zamiast oczu.

Uwielbiałam też urządzać domek dla moich lalek Barbie. Był zlokalizowany w mojej szafie, zajmował dwie półki. Miałam świra na punkcie organizacji rozkładu poszczególnych pokojów i meblowania ich. Pamiętam, kiedy płaczem ubłagałam tatę, żeby kupił mi kawałek plastiku za 200 pln, który pełnił funkcję kuchni. Od chrzestna kupiła mi wyposażenie łazienki, razem z wanną. Ciocię naciągnęłam na laleczkę z opcją siusiania, bo w zestawie był brakujący, a jakże kluczowy, kibel. Ta sama ciocia upust swojej kreatywności znajdowała w lepieniu w masie solnej i  dostarczała mi samodzielnie wykonanych mikroskopijnych elementów dekoracyjnych, jedzenia, roślinek, książek, kosmetyków, poduszek i innych cudów niewidów.

 

Zamiłowanie do rozplanowywania przestrzeni i do miniaturowych przedmiotów pozostało mi do dzisiaj. Zmieniła się tylko skala rozpatrywanych projektów.

Aktualnie moją najnowszą pasją jest rozkminianie rozkładu i rozplanowania wszystkich mieszkań w kamienicy, w której tymczasowo mieszkamy. Przechodząc obok niej, nie zdawałam sobie sprawy, jak wielkie podwórko skrywa. Klatek schodowych jest chyba z dziesięć, mieszkań przynajmniej ze sto, tak mi się wydaje.  Kolekcjonuję zdjęcia z ogłoszeń o wynajmie i sprzedaży i lokalizuję pokoje w poszczególnych klatkach, na postawie widoku z okien. Bardzo ciekawi mnie, jaki był pierwotny układ i metraż mieszkań, może udałoby mi się znaleźć taki plan gdzieś w Urzędzie Miasta.

Podoba mi się wprowadzanie przemyślanych i zoptymalizowanych rozwiązań w aranżacji. Myślę sobie, że praca architekta czy projektanta wnętrz, to musi być fantastyczne zajęcie, jeśli odjęłoby się element, upierdliwych i niewiedzących czego chcą, klientów i jeśli współpracuje się z zaufanymi i rzetelnymi podwykonawcami.

Kombinuję, jak najszybciej doprowadzić do zakupu mieszkania własnościowego, bo irytuje mnie fakt bycia zależnym od agencji, wynajem to nie jest dla mnie rozwiązanie na długo. Wkurza mnie koronawirus, mrożący w znacznym stopniu rynek korepetycyjny i fotograficzny, bo nie mogę gromadzę oszczędności i muszę wymyślić inne źródło dochodu. Chciałabym, żeby ciułanie na zdolność kredytową nie trwało nie wiadomo ile, a spłacanie go nie obciążyło mnie na kolejnych dwadzieścia lat.

Chciałabym mieć też kiedyś dom i mimo, że jeszcze minie trochę czasu, zanim rozpocznie się jego budowa, to już wybiegam w przyszłość i zastanawiam się, w jakiej okolicy kupić działkę, żeby była w odpowiedniej odległości od miasta, nie za blisko, nie za daleko. Nie wyobrażam też sobie poświęcić na budowanie go nie wiadomo ilu lat i nie wiadomo jakiego hajsu, bo nie uważam, żeby stawianie w centrum życia, czegokolwiek tak nietrwałego, co może chociażby spłonąć, było dobrym pomysłem. Znam ludzi, którzy traktują dom jak opus vitae, ale ja uważam, że dom to mimo wszystko tylko budynek. Nie chciałbym, żeby mój przyszły mąż wiecznie dłubał w glazurach i styropianach, wolałabym, żeby jak najwięcej czasu spędzał z dziećmi.

Moim zdaniem, nad takimi mieszkalnymi kwestiami, dobrze jest się zacząć zastanawiać jak najwcześniej, ale to wszystko oczywiście jest kwestia indywidualna i zależna od danego trybu życia. I przede wszystkim, polegać na samym sobie i na partnerze, z którym chce się mieszkać. Obserwując otaczających mnie ludzi i starsze pokolenie, nie chcę dopuścić do sytuacji dziedziczenia czegokolwiek, bo w zdecydowanej większości przypadków to się kończy sporami i schizmami, albo roszczeniem sobie praw do zarządzania darowanymi nieruchomościami, albo wiecznym wypominaniem i oczekiwaniem nieustannej wdzięczności.

Najlepiej dążyć do niezależności jak najwcześniej.