Lato

Fot. Majdzia, Paprotnia, lipiec 2018

Świat wybucha zielenią. Wokół pachnie kwiatem akacji. Powietrze promieniuje energią. Słońce razi swoim majestatem.

Nadeszło lato, tak zawsze przeze mnie wyczekiwane.

Mogę skakać po łąkach boso i nikt nie zarzuci mi ryzykowania, o zgrozo, przeziębieniem.

Idę, przez te lasy i pola. Idę przed siebie, z piękną pewnością swoich racji i niezachwianą słusznością swoich decyzji. Wreszcie wiem po co idę, wiedziona intuicją, której ufam teraz już w pełni. Mam więcej, niż to, co chciałam mieć.

Dzień mija szybko, ale wieczór ciągnie się w nieskończoność. Na niebie rozciągają się smugi purpury i granatu.
Nadciąga noc, gorąca i duszna.

Nadziwić się nie mogę, jak to się stało, że te wszystkie gwiazdy ułożyły się w jednej linii, migocząc na te poplątane ścieżki.

Tym razem nie jestem sama. Wokół są dusze, czmychają między gałęziami. Wsłuchują się. Posyłają znaki.
Przypadkowe cytrynowe motyle, przebudzone już w marcu.

Żar bije od pobliskiego asfaltu wijącego się wśród drzew. Wiatr splata się z dłonią wychyloną zza szyby auta wjeżdżającego w czerń, wije się pod nadgarstku i wplątuje we włosy.

I jest ze mną jeszcze ktoś. Ktoś, kogo przed dwoma laty, zignorowałam i kto zignorował mnie, tylko po to, żeby po kolejnym lecie, historia zatoczyła koło i rozpoczęła się na nowo.

Los chichocze.