Syreny, Mohito i Beata Kozidrak, czyli dzień, w którym pierwszy raz się upiłam

Był upalny, zwiastujący beztroskie lato, czerwiec roku 2018.

Obudziłam się o 7 rano i żwawym krokiem ruszyłam na pobranie krwi celem morfologii. Postanowiłam koniecznie wykonać ją tego dnia, ponieważ wieczorem byłyśmy umówione z Syrenami, więc nie chciałam żeby ewentualny alkohol nadal płynął w moich żyłach kolejnego poranka.

Potrzebowałam tych badań, z określeniem poziomu kreatyniny, bo miałam mieć przeprowadzany rezonans magnetyczny głowy, na który to skierowanie otrzymałam od neurolożki, do której zostałam wysłana przez okulistkę, która stwierdziła u mnie lekkie zatarcie granic nerwu wzrokowego. Okulistka powiedziała, że to prawdopodobnie taka moja uroda, bo dna obu gałek ocznych wyglądają tak samo, ale warto się na wszelki wypadek upewnić. Neurolożka powiedziała, że to albo to rzeczywiście taka moja uroda, ale może to też być choroba oczu, albo choroba mózgu. Nie, żebym się lekko zestresowała, wcale a wcale.

No więc poszłam do przychodni. Tam, w gabinecie, na samym wejściu zostałam zapytana, czy to ciąża. Zrobiłam wielkie oczy. Odpowiedziałam, że nie, absolutnie, na szczęście nie, nie ma nawet takiej opcji, bo nie ma żadnego potencjalnego ojca na horyzoncie. Do tej pory nie wiem, na jakiej podstawie wnioskowała pielęgniarka, może wyglądałam wybitnie kwitnąco i promieniście, na myśl o nadchodzącym, pełnym wrażeń wieczorze?

Gwoli ścisłości, wróciłam po wyniki kolejnego dnia, autentycznie zaciekawiona co w nich wyjdzie.  Byłam świeżo po maturze, po trzyletniej licealnej gehennie, a stres nadal powoli, powolutku ze mnie schodził. Byłam nastawiona na maksymalne odchylenia. O dziwo, okazało się, że wszystko jest w granicach norm. Pochwaliłam więc swój organizm, za jego wytrzymałość i siłę.

Wracając jednak do głównego wątku, tamten dzień minął w mgnieniu oka i nadciągnął wieczór.

Pomaszerowałam więc do Sandi, bo to u niej miał się odbyć bifor naszego cudownie zapowiadającego się podboju Pietryny. Na miejscu była już Kasia C. Oczekiwałyśmy Kasi M. Sandi zajrzała do swojego barku i wyciągnęła z niego zamaszystym ruchem butlę Mohito. Mohito oceniłyśmy jako paskudne. Powędrowałyśmy więc po Karolka. Karolek to w naszym syrenim slangu pieszczotliwe określenie Carlo Rossi. Najbardziej lubimy białe albo różowe.

Wróciłyśmy. Puściłyśmy w tle Beatę. Wypiłyśmy. Co to dla nas trzech jedna butelczyna. Beata śpiewała. Humorek dopisywał. No to zaproponowałam, tym samym sama na siebie sprowadzając zagładę, że w takim razie to może jednak doprawimy się tym Mohito. Wspaniały pomysł, odpowiedziały mi dziewczyny. Beata śpiewała głośniej. Pewnie dlatego, że podkręciłyśmy głośniki. Pokładałyśmy się ze śmiechu. Świat wirował. Zeszłyśmy do poziomu dywanu. Nagle okazało się, że Mohito już się skończyło. Wróciłyśmy na dywan. Radości było co nie miara.

No i wtedy się zorientowałam, że tak pijana to ja nie byłam nigdy i że to oznacza, że ewidentnie pierwszy raz w moim osiemnastoletnim życiu przesadziłam i straciłam i rachubę i kontrolę, a myślałam, że to nie wydarzy się nigdy.

To co wydarzyło się później przemilczę, powiem jedynie, że Syreny otrzeźwiały natychmiast, bo właśnie to powoduje konieczność zajęcia się kimś, komu daleko od trzeźwości. Jestem im dozgonnie wdzięczna za okazaną mi troskę i otoczenie mnie opieką i trzymanie mi włosów i próby splecenia ich w warkocz i zrobienie mi herbatki i przykrycie kocykiem i przyciszenie wrzasków Beaty.

Ja jakoś do siebie doszłam i kiedy dziewczyny przyniosły mi balerinki, dzielnie pomaszerowałam do domu. Syreny zaś zawędrowały na Pietrynę, co prawda cztery godziny później niż wstępnie planowały. Mi nasz rozkoszny biforek zastąpł całą planowaną imprezę, dla nich wieczór dopiero się zaczynał.

Często wracamy wspomnieniami do tych chwil, bo to były chwile bezcenne.